Po inwazji Rosji na Ukrainę obawy o regres w polskim eksporcie były bardzo poważne, natomiast dotychczasowe wyniki wskazują, że udało nam się uniknąć katastrofy. Jest jednak haczyk: wartość eksportu nie rosłaby tak dynamicznie, gdyby nie inflacja – zwraca uwagę w rozmowie z „Forbesem” Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG

- Na początku wojny wolumen eksportowanych na Wschód towarów uległ gwałtownemu obniżeniu. Potem nastąpiło odbicie – mówi Piotr Soroczyński z KIG.

Forbes: Polscy eksporterzy rozpoczęli rok z wysokiego „C”, prognozy też były bardzo dobre. Ale potem przyszedł luty. Jak wojna wpłynęła na wyniki naszego eksportu?

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej: W sposób naturalny istotnemu ograniczeniu uległa sprzedaż na rynki wschodnie, czyli do Ukrainy, Rosji i Białorusi, które odpowiadały łącznie za 5-6 proc. naszego eksportu. W przypadku dwóch ostatnich państw chodzi zarówno o embarga, jak i trudności z rozliczeniem handlu zagranicznego, związane np. z wyłączeniem większości rosyjskich banków z systemu SWIFT. Część przedsiębiorców albo zrezygnowała, albo zrozumiała, że nie będzie w stanie zrealizować kontraktu. Z kolei w przypadku Ukrainy mamy do czynienia z krajem objętym wojną, w którym nie można w zasadzie prowadzić normalnej działalności. Handlu z ukraińskimi firmami nie dawało się na początku wojny ubezpieczyć. Tuż po wybuchu konfliktu wolumen eksportowanych towarów uległ więc gwałtownemu obniżeniu.

Źródła: Redakcja Forbes
Tags:
  • polski eksport
  • polskie towary eksportowe
  • inflacja
  • eksport
  • wojna w ukrainie