– Yukkuri… yukkuri – jedyna wskazówka, jakiej udziela mi dzisiejszego ranka Yotsumoto Yoshiro san. „Powoli”. A ja chciałabym szybciej!

Od kilkunastu minut pocieram sztabką sprasowanej sadzy o dno płaskiego kamiennego naczynia. Tak zaczyna się każda nasza lekcja kaligrafii – od przygotowania tuszu. Czarny proszek mieszam z paroma kroplami wody. Proszku musi być tyle, by tusz zrobił się odpowiednio gęsty i błyszczący. Mój cały czas jest zbyt przezroczysty, więc trę dalej, choć czas dłuży się niemiłosiernie i strasznie bym już chciała zacząć malować. Powolne, jednostajne ruchy. Cisza (dobrej jakości sadza zamienia się w pył bezszelestnie). I poczucie, że nic się nie dzieje. Yukkuri, yukkuri…

Drętwieją mi nogi. Klęczymy na matach tatami, przy niskim drewnianym stole. Próbuję siedzieć w pozycji medytacyjnej, tak jak to czynią japońscy kaligrafowie, opierając uda na piętach, ale po zaledwie kilku minutach moje kolana zaczynają się buntować. Yotsumoto san zdaje się nie zauważać, że wiercę się pod tym stołem nieustannie. Nie mówi ani słowa, ale i bez tego wiem, że nie powinnam. Kaligrafia wymaga skupienia i spokoju. Elegancji. Podczas pracy oddech powinien być głęboki i stabilny; sylwetka wyprostowana, ruchy pewne i płynne.

Źródła: Kontynenty
Tags:
  • magazyn Kontynenty
  • Japonia