Czasem chodzą za mną różne kobiety. Wyłaniają się z kartek czytanych książek, machają do mnie z przypisów, migają w rozmowie lub poszukiwaniach w muzeum. Nie znam ich dobrze, ale lubię te nasze przecięcia i pętelki, które tworzą się w czasie intelektualnych przygód. Tak też było z Deborą Vogel – pisarką i ważną postacią przedwojennej sceny artystycznej.

Debora Vogel

Początkowo spotykałam ją w tekstach dotyczących Brunona Schulza, Witkacego czy szkoły lwowsko-warszawskiej. Wiadomo: jak kobieta, to przyklejona do znanych panów, klasyka. Ale jej dokonań, przenikliwości i oryginalności pisarskiej, a wreszcie tragicznej śmierci nie można zamykać w szufladzie „muzy i przyjaciółki”. Debora powinna mieć swoją wyraźną tożsamość i miejsce w naszej pamięci.

Urodziła się w galicyjskim miasteczku Bursztyn. Jaka piękna nazwa dla miejsca, w którym przychodzi się na świat. Wydaje się, że właśnie tak pisała: aby zostawić nam piękne słowa i obrazy zastygłe w żywicy poezji. Ale nie są to frazy w sam raz do sztambucha – raczej obrazy malowane emocjami. Niektóre przypominają piosenki, w których opowiada się jakąś historię, której puentę należy sobie domyśleć. Inne są nawiązaniami do żydowskiej tradycji, ale prędzej czy później pojawia się w nich jakiś wyłom, twist. To nie negowanie obyczaju, a raczej „uczłowieczanie” odgórnie narzucanych ról i oczekiwań co do ich spełnienia.

Źródła: Vogue Polska
Tags:
  • Sylwia Chutnik
  • poezja
  • Debora Vogel
  • Vogue Polska
  • literatura