Dopracowanie receptury i opracowanie strategii zajęły Mateschitzowi trzy lata. Nazwę przełożył na angielski, skład uzupełnił m.in. o bąbelki, napój przelał do smukłej puszki. Wyniki pierwszych badań okazały się jednak katastrofą. Konsumentom nie smakował, nie podobało się logo ani nazwa. A jednak to Red Bull stał się symbolem napoju energetycznego i maszynką do zarabiania pieniędzy

Dietrich Mateschitz zrobił z Red Bulla maszynę do zarabiania pieniędzy, która z czasem nie tylko nie rdzewieje, ale wciąż się rozpędza, mimo rosnącej konkurencji.

Hotel Mandarin Oriental, Bangkok, 1982 r. Kolejny dzień, który powinien być nocą. Kolejna noc, która winna być dniem. Umęczone nogi Didiego pokierowały go – tak to się jakoś wydarzyło – do hotelowego baru. Przywykł już do częstych podróży i życia na walizkach, ale do jet lagów przywyknąć nie mógł. W barze ktoś polecił mu słodki tonik, który miał postawić go na nogi. Nie był to żaden płynny luksus, który licowałby ze standardem hotelu Mandarin Oriental, nic z tych rzeczy – napój był popularny przede wszystkim wśród tajskich robotników i kierowców ciężarówek – ale uchodził za niezawodny.

Krating Daeng swoją moc miał czerpać z siły żyjących w Azji gaurów. To największy na świecie gatunek dzikiego bydła. Gaury sierść mają brązową lub rudawą. „Krating daeng” w języku tajskim oznacza właśnie czerwonego gaura. Symbolem napoju stały się dwa nasrożone byki na tle słońca. Jeśli brzmi znajomo, to dobrze – powinno. To samo logo ogląda dziś każdy, kto wyciąga z lodówki puszkę Red Bulla.

Źródła: Redakcja Forbes
Tags:
  • sporty ekstremalne
  • Dietrich Mateschitz
  • Red Bull
  • legendy biznesu
  • marketing