To był drugi dzień w Yellowstone. Byliśmy na wysokości ponad 2000 m n.p.m., ale specjalnie o tym nie myślałem. Lekko pofałdowane, otoczone łagodnymi górami okolice Old Faithful Geyser mówiły co innego. Swoim ukształtowaniem i roślinnością przypominały raczej sudeckie krajobrazy Gór Izerskich. Tylko gejzery i gorące źródła były tym czymś nieznanym. Uświadamiały, że to jednak Yellowstone

Każde gorące źródło, każdy gejzer był inny. Parował, gotował się, bulgotał lub wybuchał inaczej. Niektóre wydawały się uśpione i martwe, inne wyschnięte, jeszcze inne pełne dynamiki albo też uspokojone. Ich wnętrza i krawędzie zadziwiały różnobarwną kolorystyką i odcieniami. Od białego przez żółty, pomarańczowy, rudy, rdzawy, beżowy, szary po brązowy. Od błękitu przez turkus aż po zieleń. Niektóre jak gorące kałuże na płaskiej ziemi, w których można było się przejrzeć. Inne jak małe wulkany w kształcie stożków, otoczone ścianami kraterów. Tak się prezentowały w okolicach Old Faithful.

Gdy podjechaliśmy do Grand Prismatic Spring, zobaczyłem to, co widuje się zazwyczaj na okładkach albumów typu „cuda natury” albo „skarby Ziemi”. Wyglądało jak jezioro, chociaż w rzeczywistości było ogromnym, wielobarwnym, gorącym źródłem. Miało około 90 metrów średnicy. Wydawało się, że skupiło w sobie wszystkie kolory natury. Jego wody przybierały różne odcienie błękitu i zieloności, a krawędzie mieniły się żółtymi, pomarańczowymi, beżowymi i brązowymi pasemkami. Tę wielobarwność tworzyły żyjące w nim bakterie. Jego wody najgorętsze były podobno na środku, a nieco chłodniejsze na obrzeżach.

Źródła: Kontynenty
Tags:
  • Yellowstone
  • magazyn Kontynenty