Droga z Warszawy do Włodawy zajmuje tyle, ile lot do Afryki. Ale przecież nie o czas tu chodzi.

Jest rok 1928, lipiec, choć trudno wykluczyć, że to jednak ostatni dzień czerwca. Prezydent Ignacy Mościcki tradycyjnie w swojej dwurzędowej, wełnianej marynarce i białej musze. Występuje przed szereg oficjeli i, ocierając spocone czoło, rozgląda się wśród nadbużańskich łęgów. Z piaszczystego placyku widać rzędy rosochatych wierzb, za dnia przyjaznych, a wieczorami rzucających rozchwiane cienie, mroczne niby aura wiktoriańskich powieści grozy. Pomiędzy drzewami długie, drewniane domostwa rozstawione na palach lub wysokiej podmurówce. Wszystkie zabudowania wzniesiono w jednej linii. Najpierw jest część mieszkalna, a potem przylegające do niej gospodarcze. Gdyby fala kapryśnej rzeki chciała się dostać do pomieszczeń, to najpierw musiałaby się przelać nad wysoką podbudową, a nawet jeśli to zrobiłaby, to usytuowanie domu zabezpiecza część dobytku.

Źródła: Kontynenty
Tags:
  • Olędrzy
  • magazyn Kontynenty
  • Włodawa