Byliśmy w Garam Chashm. W Pamirze. W miejscu, które przeżyło koniec świata. Upadek cywilizacji. Zajechaliśmy tam, wracając do domu. Z Chin do Polski. Rowerami.

Jest jak tętnica, którą toczy się życie. Ciągnie się od Osz do Duszanbe. Na mapach oznaczają ją jako M41. A mówią na nią z angielska Pamir Highway. Ale nazywanie tej drogi „highway” to tylko językowy przypadek. Rowerzyści i motocykliści, czyli niemal jedyni, którzy odwiedzają Pamir, klną na żwir, kamienie i połamany asfalt. Gdy Rosjanie wybudowali ją w 1934 roku, była tak ważna i niezwykła, że notatka o otwarciu drogi ukazała się nawet w „The New York Times”. Razem z informacją o złożach złota i minerałów i nazwaniu najwyższego szczytu Pikiem Stalina.

Jest ciężko, choć nie jest to jakaś ekstremalna wędrówka. Ekstrema dzieje się w głowie, gdy patrzy się na ogromne, puste przestrzenie, na ludzi pozostawionych samym sobie. Ekstremalna jest absolutna cisza i absolutna przejrzystość powietrza w pogodne dni. I samotność.

Źródła: Kontynenty
Tags:
  • Pamir Highway
  • magazyn Kontynenty
  • Tadżykistan