Z Lovćenem wyszło trochę nie tak, jak bym oczekiwał. Ale przyznałem rację Agnieszce. Po prostu było za gorąco na piesze pokonywanie ponad półtora tysiąca metrów od poziomu morza, w palącym słońcu, a potem jeszcze na ewentualne zejście w dół. Dnia ani sił by nie wystarczyło.

W Kotorze nie udało się dostać żadnej mapy turystycznej Lovćenu. W kotorskiej informacji turystycznej, a nawet w tamtejszej placówce organizacji turystycznej, nie byli nawet pewni, czy w tym parku narodowym są jakieś znakowane szlaki. Być może usprawiedliwiało ich to, że Park Narodowy Lovćen mieścił się już w innych granicach administracyjnych, co też mogło być uwarunkowane historycznie, bo te góry zazwyczaj łączono z Cetynią leżącą po drugiej stronie grzbietu. Owszem, z Kotoru wychodziły oznaczenia na wzgórze z twierdzą św. Jana i wiodły gdzieś wyżej w stronę Jezerskiego vrhu, ale gdzie – nie wiedzieliśmy. Komunikacji publicznej z Kotoru w stronę Lovćenu też nie było. To wszystko wystarczyło, aby – jak „cywilizowani turyści” – zdecydować się na samochód.

Tony – syn nauczycielki angielskiego, Sandry, u której zatrzymaliśmy się na kwaterze – za 60 euro zawiózł nas samochodem pod sam szczyt, na Jezerski vrh, tam i z powrotem. Wszystko trwało nie więcej niż pięć godzin. Pieszo zajęłoby to nam co najmniej dwa dni. Tanie to nie było, ale już sama wąska droga prowadząca z Kotoru do Cetynii, która pięła się serpentynami po zboczach, pozbawiła nas wątpliwości ekonomicznych, bo okazała się pasjonująca i obfitująca w przepastne panoramy Boki Kotorskiej i gór ją otaczających.

Źródła: Kontynenty
Tags:
  • Lovćen
  • Czarnogóra
  • magazyn Kontynenty