W podmiejskim pociągu z Barcelony do Vilanovy słychać kataloński, hiszpański, arabski, rumuński, rosyjski, francuski. W tym, którym lata temu przyjeżdżali imigranci z La Manczy, Andaluzji, czy Ekstremadury, słychać było tylko hiszpański. Po katalońsku nie mówiło się w miejscach publicznych, a turystów nie było. Była za to praca.

Katalońskie fabryki nie mogły obyć się bez imigrantów. Potrzebował ich Seat w Barcelonie i włókiennicza w Terrassie, i Pirelli w Vilanovie. Kwalifikacje niekonieczne. Młodzi mężczyźni z wielodzietnych rodzin z kastylijskich i andaluzyjskich wiosek umieli przyciąć winorośle, zaprząc muła, wymłócić pszenicę na klepisku, zasolić świńską nogę. Szybko nauczyli się spawać, skręcać podwozia, obsługiwać frezarki, tokarki, wtryskarki.

Dzisiaj dzieci tamtych imigrantów wywieszają na balkonach republikańskie flagi i tańczą ludowe katalońskie tańce na Festa Major.

Źródła: Kontynenty
Tags:
  • magazyn Kontynenty
  • Katalonia
  • Hiszpania