Pięć lat temu dostawała cios za ciosem – śmierć taty, upokorzenia od trenera, sportowe dołki. Joanna Fiodorow nie uwierzyła w to, że do niczego się nie nadaje. Po karierze młociarki będzie trenerką mistrza olimpijskiego.

Joanna Fiodorow

Walizkę miałam już spakowaną. Chciałam zmienić otoczenie i rozpocząć nowe życie w Kalifornii. Tym bardziej, że po igrzyskach w Tokio czułam się rozwalona psychicznie. Miałam pretensje do siebie i żal do całego świata. Wykupiłam już nawet kurs językowy w USA, żeby podszkolić angielski. Za oceanem na pewno pomogłaby mi moja przyjaciółka Gosia – znamy się od liceum, była wieloboistką. Dziś mieszka na Zachodnim Wybrzeżu razem ze swoim mężem. Jeśli nie wyszłaby mi jedna opcja pracy, skorzystałabym z kolejnej. Przecież nie czekałabym na miliardera na białym koniu, który będzie mnie utrzymywał.

Ja, trenerka

Chciałam wyjechać. Tym bardziej, że po igrzyskach w Tokio czułam się rozwalona psychicznie. Miałam pretensje do siebie i żal do całego świata. Była 23.30, pół godziny po powrocie do wioski olimpijskiej po finale, dostałam informację, że mam się pakować, bo rano wracam do Polski. Jeszcze nie zdążyłam ocknąć się po konkursie, niespełnionych marzeniach, a już miałam spierdalać. Wróciłam do domu, obrażona na młot. Na sport. Smutki zajadłam czekoladą. Siedząc przed telewizorem, oglądałam dalej igrzyska na zmianę cieszą się z sukcesów moich kolegów i koleżanek, i płacząc, że mnie na podium zabrało. Żeby świętować w Tokio, zabrakło mi może dwóch tygodni, a moje ciało odzyskałoby pełnię swoich możliwości. Byłam na fali wznoszącej, choć jeszcze w kwietniu nic na to nie wskazywało. Rzucałam tyle, ile juniorki i zaczęłam się zastanawiać, czy to, co robię ma sens. Fizycznie czułam się lepiej przygotowana niż przed mistrzostwami świata w Dosze, gdzie zdobyłam srebro, ale młot nie chciał lecieć. O moich problemach wiedziała tylko mama. Pojawiły się stany lękowe, szłam spać ze łzami w oczach i budziłam się bez chęci do życia. Być może to nie była depresja, ale znalazłam się blisko momentu, w którym, gdybym wpadła głębiej, to już bym się z tego marazmu nie wydostała. Chciałam oddać swoje miejsce na igrzyska Kasi Furmanek. Ale po rozmowie z psychologiem – prof. Janem Blecharzem uznałam, że powalczę o to, na co pracowałam przez pięć ostatnich lat. Że może wróci stara Fiedzia i spróbuje spełnić swoje marzenia. Przez sześć tygodni po mistrzostwach Polski byłam na fali wznoszącej. Zabrakło niewiele. Byłam siódmą zawodniczką igrzysk w Tokio.

Uroczyste zakończenie mojej kariery miało nastąpić 5 września na Stadionie Śląskim. Memoriał Kamili Skolimowskiej. Chciałam, żeby te pożegnalne rzuty jakoś wyglądały, ale jednocześnie tak trudno było zmusić się do wyjścia na trening. To już nie sprawiało mi przyjemności. Minęły blisko trzy tygodnie po Tokio, zanim znów stanęłam w kole. Na treningu spotkałam się z Wojtkiem Nowickim – mistrzem olimpijskim, z którym spędziłam pięć ostatnich lat pod okiem naszej trenerki Malwiny Wojtulewicz-Sobierajskiej. Wzięłam prysznic, przebrałam się, usiadłam w naszej kanciapie. W pewnym momencie Wojtek wypalił: „No dobra, a teraz tak serio: chciałabyś zostać moim trenerem?”. Wytrzeszczyłam oczy jak pięć złotych.

„Ja trenerem mistrza olimpijskiego?!” - nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. W ogóle nie podejrzewałam, że może mi coś takiego zaproponować. Owszem, Wojtek wcześniej coś przebąkiwał o tym, że po igrzyskach będzie potrzebował zmiany, ale do Tokio byłam tak skupiona na swoim olimpijskim celu, że nie rejestrowałam pewnych sygnałów z otoczenia. Wydawało mi się, że taki sukces jak w Tokio nakręci Wojtka i Malwinę do dalszej współpracy. – Wojtek, ale czy jesteś pewien na sto procent, że chcesz ze mną pracować? Słuchaj, to nie jest decyzja, którą mogę z miejsca podjąć. Przecież ja chciałam zmienić swoje życie i podjęłam w tym kierunku już pewne kroki – tłumaczyłam.

Postanowiłam jednak przemyśleć jego propozycję. Nie spałam dwie noce. Dużo czasu spędziłam na rozmowach z mamą, która przyjechała akurat do Polski i była ze mną jeszcze przez trzy tygodnie po igrzyskach. To ona uświadomiła mi, że nie powinnam się wahać, podjąć decyzję w zgodzie z samą sobą, a nie obawiać się tego, co pomyślą inni. I miała sto procent racji. Zawsze robiłam tak, żeby przede wszystkim dogodzić każdemu, ale nie sobie. Skoro mistrz olimpijski prosi mnie o pomoc, to znaczy, że coś znaczę. Połechtało to moje ego. Ponad tydzień po pytaniu od Wojtka, zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że się zgadzam zostać jego trenerem.

Malwina była trochę zaskoczona, że stałam się jej następczynią. Mówiła, że przecież planowałam teraz zakładać rodzinę. Gdy żegnałam się z nią, podziękowałam za pięć lat wspólnej pracy. W końcu to z nią osiągnęłam największy sukces w karierze, czyli medal mistrzostw świata. Czuję się dobrze z decyzją o nowym rozdziale.

Być może z Wojtkiem jesteśmy trochę jak ogień i woda. On spokojny, introwertyczny, ja – z dużą ekspresją. Bywało, że nie odzywaliśmy się do siebie przez dwa tygodnie, ale podejście do treningów mamy bardzo podobne i widzę, że on rozumie moje założenia. Mówi, że nie chodzi o to, żebym zrobiła z niego rekordzistę świata, ale są rzeczy, które wciąż może poprawiać w swojej technice. Nasza praca ma potrwać do Paryża, ale jeśli coś się nie będzie układać, to nie będziemy tego ciągnąć na siłę.

Ja, młociarka

Spotkałam na swojej drodze wielu szkoleniowców. Moim pierwszym trenerem był pan Bogusław Sowól, który świetnie przygotował mnie fizycznie do występów w seniorach. Dzięki temu przez długi czas unikałam poważnych kontuzji. Dopiero w 2013 roku pojawił się uraz łydki i rozwarstwienie ścięgna Achillesa. Typowo zmęczeniowe. Dwa lata temu przeszłam operację kolana, ale to już genetycznie uwarunkowane, bo babcia ze strony ojca oraz jego obie siostry zmagały się z podobnymi kłopotami, a ja przyspieszyłam rozwój tego przez zawodowy trening.

W kadrze pracowałam m.in. z Jackiem Dregerem, Jolantą Kumor, która jest typem trenera-psychologa i każdy problem stara się rozwiązać poprzez rozmowę. Karierę zakończyłam pod okiem Malwiny i to ona na nowo zachęciła mnie do rzucania, odbudowała ufność w to, że mogę coś osiągnąć. Zwłaszcza po pracy z trenerem Czesławem Cybulskim. Nie ma wątpliwości co do tego, że jest nestorem rzutu młotem w Polsce i stworzył taką bazę ćwiczeń, że każdy szkoleniowiec z niej korzysta.

Warsztat ma świetny, ale człowiekim jest trudnym. Największym błędem w mojej karierze było to, że nie zakończyłam z nim współpracy po brązie mistrzostw Europy w Zurychu. Gdybym w 2014 roku odeszła od niego, być może dwa lata później w Rio de Janeiro cieszyłabym się z medalu. Wiele osób twierdziło, że tylko z trenerem Cybulskim mogę osiągać sukcesy. A ja? Znów zamiast posłuchać siebie, zrobiłam tak, jak radzili mi inni.

On zawsze twierdził, że daje z siebie wszystko, tylko to my – zawodnicy – nic nie robimy. Ciągle słyszałam, że olewam trening, jestem beznadziejna i nic ze mnie nie będzie. Słyszysz to raz, drugi, dziesiąty i przestajesz wierzyć w siebie. Przez pierwszy rok płakałam po każdym treningu. Czego bym nie zrobiła, byłam najgorsza. Co innego Paweł Fajdek czy Malwina Kopron, którzy wtedy pracowali z trenerem Cybulskim. Oni byli krystaliczni, a ja dostawałam nóż w plecy. Rodzice nauczyli mnie szacunku do starszych, więc nie pozwalałam sobie na pyskówki ze szkoleniowcem, ale w ostatnim roku naszej pracy przestałam się hamować. Zwłaszcza po mistrzostwach Europy w 2016 roku.

Półtorej godziny przed eliminacjami dostałam telefon od cioci. Tata nie żyje. Miał zawał. Chciałam zostawić to wszystko i wyjechać z Amsterdamu. Od mamy usłyszałam: „Nie rezygnuj z marzeń, tata i tak poczeka”. W eliminacjach drugi rzut oddałam w siatkę. „Co ty odpier...?!” – padło z ust trenera Cybulskiego. Takiej odzywki się wtedy nie spodziewałam, ale też nic z tym nie zrobiłam. Następnego dnia byłam już na lekach uspokajających, żeby móc jakoś funkcjonować i dotrwać do finału. Zakończyłam go na 10. miejscu z wynikiem 69,48 m.

Przed finałem trener powiedział mi: „Zrób to dla taty”. Ten sam człowiek, który później mówił, że mój udział w zawodach w takim stanie był przejawem braku dojrzałości, a mnie się wydaje, że to trener nie dojrzał wtedy do pewnych rzeczy. Po pogrzebie taty chciałam szybko wyjechać z domu, gdzie wszystko wywoływało u mnie wspomnienia. Dlatego pojechałam na Festiwal Rzutów do Cetniewa, a prosto stamtąd na treningi do Poznania. Wciąż byłam na lekach uspokajających, choć dawki powoli mi zmniejszano. Pierwszy trening po pogrzebie taty nie był wybitny w moim wykonaniu. – Jak ci się kur... nie chce trenować, to spier... – krzyknął do mnie trener. Wryło mnie w ziemię.

– A panu to się w głowie poprzestawiało czy o co chodzi? To ja dopiero co pochowałam ojca, a pan mi wyjeżdża z takimi tekstami?! - odpowiedziałam.

Rzucił tylko: – Ty zawsze znajdziesz wymówkę.

I sobie poszedł.

Inny trener dałby zawodnikowi wsparcie, a dla mnie czas do igrzysk w Rio de Janeiro to były ciągłe przepychanki. Zamiast wsparcia było ciągłe katowanie mnie i mówienie, że do Brazylii pojechałam sobie na wycieczkę. Tylko, że z naszej trójki weszłam tylko ja, a nie Malwina i Paweł. Byłam dziewiąta (69,87 m). Później dzwonił do mnie nawet mój były psycholog, namawiając mnie, żebym została u trenera Cybulskiego, żeby utrzymać mu kontrakt. Psycholog mówił mi takie rzeczy! Żebym została z trenerem, który traktuje mnie jak gówno? Brzmiało to jak słaby żart. A ja już się nasłuchałam, że jestem nikim, że do Rio zdobyłam jeden medal, podpisałam jeden kontrakcik i uważam się za nie wiadomo kogo, bo zrobiłam licencję trenera drugiej klasy, więc zachowuję się jakbym pozjadała wszystkie rozumy.

Kiedy spotkaliśmy się z trenerem Cybulskim przy okazji gali Złote Kolce w 2019 roku, gdy byłam wicemistrzynią świata, mówił, że super, że wzięłam się do roboty. Cóż, starszy pan, wybaczmy mu.

Wtedy, w Amsterdamie, Anita Włodarczyk i jej ówczesny trener Krzysztof Kaliszewski pomogli mi pozbierać się przed finałem. Dawaj Fiedzia, musisz powalczyć – usłyszałam. Czasami czytałam komentarze, że zazdroszczę Anicie Włodarczyk. Jedyne, czego ludziom zazdroszczę to tego, że w trakcie kariery sportowej zdołali stworzyć rodziny. Owszem, trafiłam na erę wybitnej zawodniczki, ale to nie znaczy, że jestem zawistna. Ona ma perfekcyjną technikę, z której można by było czerpać garściami.

Możliwość oglądania na żywo takiego zawodnika to niesamowita sprawa, dlatego fajnie by było, gdyby Anita otworzyła choć jeden trening dla młodszych zawodników. I dalej tworzyć niesamowitą potęgę, jeśli chodzi o rzut młotem w Polsce. Bo potencjał mamy ogromny. Wiem, że bywało różnie między nami, ale nie chcę do tego wracać. Podziwiam Anitę za to, ile poświęciła dla sportu i jak wróciła po kontuzji, sięgając w Tokio po złoto. Jest kosmiczną zawodniczką, królową rzutu młotem.

Ja, córka

Gdy byłam dzieckiem jak najmniej czasu chciałam spędzać w domu. Było jak było. Tata pił. Dlatego zamiast dwa razy w tygodniu chodziłam na treningi codziennie. Wyparłam to, co złe i chcę mieć z nim tylko dobre wspomnienia. Gdy przyjeżdżałam do domu, zawsze starał się być trzeźwy. Odbierał mnie z dworca, był moim szoferem. Wstawałam rano, czekało na mnie śniadanie, piliśmy wspólnie kawkę, obiad miałam ugotowany. Pytał, co mam ochotę zjeść. Jak sobie wymyśliłam truskawkowe smoothie na śniadanie, to owoce i lód czekały na mnie rano. Jak w hotelu.

Dziś taty nie ma z nami. Choć, gdy wracam do domu, to mam wrażenie, że siedzi na kanapie w dużym pokoju i usłyszę zaraz od niego: „Cześć! Na ile przyjechałaś? Zawieźć cię gdzieś? Na co masz ochotę?”. Był ze mnie dumny. Pamiętam, jak jeździł na moje pierwsze zawody do Białegostoku, gdy uczyłam się w tamtejszym SMS. Wiedział, że nie mam kiedy wyrwać się z domu, więc chociaż w ten sposób chciał się ze mną spotkać... No i płaczę... Dla mnie to dalej trudny temat. Czasu nie cofnę. Taty już nie ma, ale wiem, że jest moim aniołem. Pilnuje mnie z góry.

Dobrze, że mam jeszcze mamcię. Bo i z tym mogło być różnie. Rok 2016 był feralny. Najpierw zmarła babcia, później tata, a na koniec mama trafiła do szpitala. Miał być rutynowy zabieg. Skończyło się trzema tygodniami na intensywnej terapii. A to przyplątała się jakaś bakteria, a to zbierała się woda w płucach. Zbladłam, gdy weszłam pierwszy raz do mamy na OIOM. Leżała tam podłączona do tych wszystkich urządzeń. Pielęgniarka w porę podsunęła mi krzesło, bo padłabym na podłogę jak długa. Moja mama tam leży, a babka mówi mi, że jeśli chcę, to mogę przyjść, zajmować się mamą. „Zapłacę pani, ile trzeba, ale lepiej niech to pani się tym zajmie, bo ja się boję, że zaraz coś odłączę i narobię kłopotu” – powiedziałam.

Rano trening, wizyta u mamy w szpitalu, znowu trening i powrót do domu – tak wtedy wyglądał mój dzień. Wpadłam w cug. Trwał jakieś pięć dni. Wieczorem brałam butelkę wina albo jakiegoś mocniejszego alkoholu i piłam, żeby trochę lepiej się poczuć. Nie upijałam się, ale łatwiej mi się później zasypiało, mimo tych kotłujących się we mnie emocji. Gdy wieczorem wypiłam alkohol, rano gorzej szło mi na treningu. Któregoś dnia zasnęłam na kanapie w czapce i szaliku, z telefonem przy uchu. Ocknęłam się, gdy zobaczyłam jak jestem wycieńczona. Pomyślałam, że muszę zadbać o siebie i o mamę. Ta myśl pomogła mi wyjść z tego cugu. Jestem dzieckiem alkoholika, ale wiem, że nigdy nie popełnię takiego błędu, jak mój ojciec. Uzależniam się od perfum, kupowania butów, ale nie od alkoholu.

Dziś na te moje zachcianki mogę sobie pozwolić, choć nie szastam kasą na lewo i prawo. W 2013 roku znalazłam się na skraju, jeśli chodzi o sytuację finansową. Nie wystartowałam na mistrzostwach świata w Moskwie, bo do kontuzji ścięgna Achillesa doszła zakrzepica żył głębokich. Miałam 1000 złotych stypendium miesięcznie. O tyle dobrze, że klub zapewnił mi mieszkanie w Poznaniu, ale wciąż trzeba było się jakoś utrzymać. Nawet mieć za co kupić środki higieny osobistej i to nie te najtańsze, by nie przeciekały, gdy trenowałam. Wtedy, ten jedyny raz, zadzwoniłam z płaczem do mamy i poprosiłam o pomoc. 25-letnia baba prosząca mamę o pieniądze. Aż mi się płakać chce, jak to dzisiaj wspominam. Po nowym roku było już lepiej, bo powstała Fundacja Caroline B. LeFrak wspierająca młodych lekkoatletów. Dostawałam dwa tysiące złotych miesięcznie i jak się złożyło grosz do grosza, to można było już jakoś normalnie żyć.

Ja, sportowiec

Mama pilnowała, żeby nauka i sport szły ze sobą w parze. Kiedyś pracowała, sprzątając szkoły, więc często przychodziłam jej pomagać. Powtarzała wtedy, że muszę się uczyć, żeby nie myć podłóg tak, jak ona. Świadectwa miałam zawsze z czerwonym paskiem. Nawet w internacie miałyśmy z koleżankami taki system, że trening i nauka miały swój czas. Na studiach licencjackich średnia 4,7. Kiedy miałam osiem lat i na lekcji wuefu pytano, kto chce kim zostać w przyszłości, bez wahania odpowiedziałam, że sportowcem. Chociaż myślałam nawet o zawodzie lekarza, ale to sport zawładnął moim życiem.

Pewnie mało kto by się spodziewał, że swój pierwszy medal mistrzostw Polski zdobyłam w... baseballu. Sięgnęliśmy po brąz i byłam jedną z dwóch dziewczyn w drużynie, bo wtedy mogły jeszcze startować zespoły mieszane. Myślałam nawet o tym, by przenieść się z Augustowa do Kutna, gdzie była stworzona drużyna dziewcząt, ale byłam za młoda, by mama wypuściła mnie z domu. Do dzisiaj pamiętam zasady gry i lubię oglądać mecze.

Marzyłam o tym, by być oszczepniczką, zostałam młociarką, a na swoje pierwsze mistrzostwa Polski w życiu pojechałam jako... kulomiotka. Miałam 15 lat. Zawody odbywały się w Słubicach, 700 km od domu. Na rozgrzewce „podkręciłam” staw skokowy. Kostka spuchła, bolała i to jeszcze w nodze, którą miałam blokować. Lekarz obecny na zawodach zakazał mi startu, ale ja ani myślałam odpuszczać. "Mało mnie to interesuje, że mam skręconą kostkę i nawet, gdyby założyłby mi pan gips, to ściągnę go, bo nie po to przejechałam 700 km od domu na zawody, żeby teraz odpuścić start" pewnie coś takiego ode mnie usłyszał. Wystartowałam i zajęłam 8. miejsce. Nieźle, jak na debiut. Nawet wtedy postawiłam na swoim, a nie patrzyłam na to, co powiedzą inni.

Mistrzostwa odbywały się po igrzyskach w Atenach, a na zawodach był obecny Paweł Czapiewski, gwiazda dystansu na 800 m. Pamiętam, że zrobiłam sobie z nim zdjęcie. Jeśli chodzi o rzut młotem, to uwielbiałam oglądać Kamilę Skolimowską, Yipsi Moreno, a dziś Anitę. Pamiętam kulomiotkę Krysię Zabawską – naszą olimpijkę z Podlasia. Lekkoatletyka to królowa sportu, dlatego śledzę wszystkie możliwe zawody. Zawsze podziwiałam Tomka Majewskiego czy Piotra Małachowskiego. Ten drugi nazywał mnie „córcią”. Niesamowite było ich spotykać na zgrupowaniach.

***

Zakończyłam karierę młociarki, bo poczułam, że nadszedł właściwy moment. Mam trzy medale – dwa brązowe z mistrzostw Europy i tytuł wicemistrzyni świata, okraszony rekordem życiowym (76,35 m). Brakuje tylko tego najcenniejszego – z igrzysk, w których startowałam trzy razy. Wtedy czułabym się spełniona na 110 procent. Jeśli doprowadzę Wojtka do podium olimpijskiego w Paryżu, to jego medal nie zrekompensuje mi braku mojego krążka jako zawodniczki. Przede mną kolejne wyzwania. Dokąd mnie zaprowadzą? Zobaczymy. Mam tylko nadzieję, że na starość będziemy się z Gosią spotykać, spacerując z balkonikami po Kalifornii. Moja przyjaciółka odnalazła swoje szczęście. Może i na mnie czeka ono za oceanem.

JOANNA FIODOROW

Urodzona 4 marca 1989 roku w Augustowie. Trzykrotna finalistka igrzysk olimpijskich (2012, 2016, 2020). Wicemistrzyni świata z Kataru (2019) w rzucie młotem oraz dwukrotna brązowa medalistka ME z Zurychu (2014) i Berlina (2016). W 2011 roku sięgnęła po tytuł młodzieżowej wicemistrzyni Europy w Ostrawie. Zakończyła karierę zawodniczą 5 września podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej, a teraz będzie pełnić rolę trenerki mistrza olimpijskiego z Tokio - Wojciecha Nowickiego.

Źródła: Przegląd Sportowy
Tags:
  • Igrzyska olimpijskie
  • Joanna Fiodorow
  • Portrety
  • rzut młotem
  • Tokio 2020