– A wy skąd? – pyta po rosyjsku starszy mężczyzna. – Z Polski – odpowiadam, a on na to recytuje nazwiska sławnych Polaków, bohaterów wojny ojczyźnianej. Milczę. Nie znam ich, on nie pyta. Teraz kolej na hiszpańskich wieszczy. José z aprobatą kiwa głową. Dodaje Cervantesa, ale nasz rozmówca akurat o nim nie wie. – Czemu to nie rosyjski uczynili międzynarodowym językiem? – dziwi się i odchodzi.

Rozstajne drogi. Ściana deszczu. Pusta butelka wypada z kieszonki plecaka, sunie po kałuży. José próbuje wyciągnąć pelerynę, ja złapać butelkę. Irracjonalnie, bo wokół mnóstwo innych śmieci. Już prawie dosięgam, a tu wiatr skręca i historia zaczynała się od nowa. – Mogę pomóc? – pyta kierowca rozklekotanej łady. – Podrzucić was? – Tak, do Sewanu – decyduję bez zastanowienia. – Ile to będzie kosztowało? – Tysiąc dram. Malutko.

Miasto Sewan jest zimne i bure. Sklep. Szewc. Restauracja – trzeba naładować telefon, zapakować do plecaków zakupy. I kłopotliwe prezenty od taksówkarza wręczone nic nierozumiejącemu José (ja odmówiłam). Wędzona ryba, paczka rogalików z kremem... – To na czym on w zasadzie zarabia? – duma José, a ja się martwię, bo słuchałam kierowcy, kiedy jechaliśmy. Mówił o dzieciach, które wychowuje sam. O Rosji, skąd pochodził jego ojciec. O Moskwie, gdzie są dobre uczelnie. – Nic nie jest zbyt drogie dla moich dzieci!

Źródła: Kontynenty
Tags:
  • Armenia
  • magazyn Kontynenty