10 czerwca Monika S., była prezes Fundacji Brata Alberta, usłyszała wyrok za uduszenie 10-letniego syna. Sąd Okręgowy w Lublinie zdecydował, że spędzi w więzieniu najbliższe 25 lat. W ostatniej chwili usunięto z orzeczenia „motywację zasługującą na szczególne potępienie”.

adiowóz policyjny przed jedną z kamienic policja bomby

Pokój nr 8 hostelu „Orla” w Lublinie, jest piątek 29 listopada 2019 r., tuż po godzinie 13. Pracownice hostelu odkrywają ciało 10-letniego chłopca, który nie daje oznak życia.

Po pokoju walają się pusta butelka po wódce, dwie puszki po piwie oraz pusty blister leku antydepresyjnego o nazwie Sympramol. Na szafce obok łóżka leży kubek z resztką jakiegoś płynu. Są też dziecięce ubrania i przybory szkolne.

Pracownice hostelu dzwonią do szefa, na policję i pogotowie. Biegły lekarz stwierdza, że doszło do nagłego zgonu chłopca.

Monika S.: „Nie szukaj nas, nie wrócimy do ciebie”. Jak doszło do zabójstwa Filipa w Lublinie?

Od początku października 38-letnia Monika robi z synem Filipem, uczniem IV klasy, tournee po hotelach na wschodzie i południu Polski – Villa w Nałęczowie, Duo w Janowie Lubelskim, Mały Rzym w Sandomierzu i Evva w Tarnobrzegu. Mężowi mówi, że to na koszt policji, która zapewnia jej ochronę w sprawie o defraudacje w Stowarzyszeniu św. Alberta. Monika preparuje maile, w których podszywa się pod funkcjonariuszy, i pokazuje je mężowi Hubertowi. Jej kłamstwa wychodzą na jaw, gdy nie opłaca pobytu w jednym z hoteli. Na parkingu zatrzymuje ją policja, przyjeżdża mąż i o wszystkim się dowiaduje. Ale ona brnie dalej.

Kilka dni przed 26 listopada Monika przygotowuje wyklejoną z wycinków gazet anonimową informację adresowaną do niej i jej męża: „zanim coś zeznacie Trzy razy się zastanuwcie dla własnego dobra przyjaciele” (pisownia oryginalna). On już jej nie wierzy, kłócą się, ale Monika wzrusza jedynie ramionami.

26 listopada Monika informuje męża SMS-em, że jedzie po syna do szkoły, że w szkole są andrzejki i może Filip zostanie na zabawę. Wcześniej wysyła taką samą wiadomość do swojej matki, po południu pisze, że wracają do domu, a dzieci są zadowolone z imprezy. Znów kłamie. Istotnie w szkole była impreza andrzejkowa, jednak Monika informuje wychowawczynię Filipa, że jego nie będzie, ponieważ musi z nim jechać na badania do neurologa. Wychowawczyni zezna potem, że matka Filipa zachowywała się naturalnie, nie wzbudzała żadnych podejrzeń.

Zamiast bawić się na imprezie andrzejkowej w szkole Monika i jej 10-letni syn Filip wsiadają do busa jadącego do Lublina i meldują się w hostelu przy ulicy Orlej. Wybierają pokój z podwójnym łóżkiem, bo ma dostęp do telewizora. Monika wysyła do męża wiadomość „Nie szukaj nas, nie wrócimy do ciebie”. Następnego dnia przedłuża dobę hotelową. Przez komunikator informuje męża, że dziecko jest całe i zdrowe. Ponownie zapewnia, że nie wrócą do domu i odmawia podania miejsca pobytu. Nie odbierała połączeń głosowych. Pozwala na rozmowę ojca z synem dopiero w czwartek 28 listopada. Informuje go, że przywiezie syna w piątek. Ale tego samego dnia przygotowuje kubek herbaty, w której rozpuszcza lek o nazwie Sympramol o działaniu uspokajającym. Podaje go do wypicia Filipowi.

W piątek budzi się rano. Podszywa się pod dziecko i wymienia wiadomości z mężem. Filip śpi. Jego matka siada na łóżku, bierze w ręce hotelowy ręcznik frotte i przekłada przez szyję dziecka. Przyciska go własnym ciałem, twarz Filipa kieruje do poduszki i zaciska ręcznik. Dusi go tak długo, aż on umrze. Później ścieli łóżko, przykrywa ciało syna razem z głową. Ręcznik składa na pół i chowa pod poduszką po swojej stronie łóżka. Schodzi do recepcji i mówi, że zwolni pokój dopiero po godzinie 11, gdy przyjedzie jej mąż i zabierze rzeczy. Wraca na chwilę do pokoju i po kilku minutach wychodzi, przekręca klucz w zamku drzwi. Udaje się do lombardu, tam sprzedaje swój telefon, przed sprzedażą czyści jego pamięć, po czym taksówką jedzie na dworzec autobusowy przy ulicy Ruskiej w Lublinie. Z dworca busem jedzie do Puław, a następnie do Kazimierza Dolnego. Tam w sklepie gospodarstwa domowego kupuje sznurek oraz butelkę wódki. Idzie w stronę lasu. Po spędzonej nocy w lesie wychłodzona następnego dnia wychodzi na ulicę, zatrzymując nadjeżdżający samochód. Prosi o pomoc, o wezwanie karetki. Mężczyzna przykrywa ją kurtką, daje herbaty. Po przewiezieniu karetkę do szpitala w Puławach zostaje zatrzymana i przyznaje się do popełnienia zabójstwa.

Monika S.: „Czułam bezsilność, że nie daję rady”

Wysoka, 176 cm wzrostu, szatynka, oczy piwne. Rocznik 1981, wykształcenie wyższe – licencjat z ekonomii. Właścicielka 100-metrowego jednorodzinnego domu pod Lublinem, zamężna od 2008 r. W dniu zatrzymania wygląda niechlujnie. Ma potargane włosy, wymięty t-shirt. Kilka lat wcześniej była osobą znaną i szanowaną w Lublinie, przynajmniej w środowisku lubelskich organizacji pozarządowych. W 2014 r. zatrudniła się w katolickim Bractwie Miłosierdzia św. Alberta. Od połowy 2017 r. pełniła tam funkcję prezeski.

30 listopada 2018 r., dokładnie rok przed zatrzymaniem z powodu zabójstwa syna, policja aresztowała ją za malwersacje finansowe w Stowarzyszeniu. Od początku prezesowania do 16 listopada 2018 r. przywłaszczyła sobie z kont organizacji ponad 183 tys. zł. Pieniądze wyłudzała w formie zapomóg dla dziewięciu konkretnych osób, które zaprzeczały potem, że kiedykolwiek otrzymywały wsparcie z Bractwa.

Po wyjściu z aresztu Monika S. szybko wróciła do normalnego życia. Opiekowała się synem, odwoziła go do szkoły. Wspólnie z mężem przygotowywała komunię Filipa. Miała częsty kontakt z matką, która pytała ją, czy potrzebny jest psycholog. Monika S. odpowiadała, że nie potrzebuje. Potem zezna w toku śledztwa:

„Od dłuższego czasu cały czas dochodziły nowe problemy finansowe i nie dogadywaliśmy się z mężem. Po opuszczeniu aresztu ciężko było mi odnaleźć się w nowej sytuacji Na przełomie sierpnia i września dowiedziałam się, że na sto procent mam stwardnienie rozsiane. W poniedziałek wieczorem pokłóciliśmy się z mężem, we wtorek nie odzywaliśmy się do siebie. Czułam bezsilność, że nie daję rady. Nie wiedziałam, co zrobić, żeby było dobrze. Zaczęły nasilać się myśli samobójcze. Ale z drugiej strony nie chciałam zostawiać syna. Przypomniała mi się ta tęsknota z aresztu o syna. Jak byłam w areszcie, mąż nie potrafił się synem zajmować. Aż on musiał mieszkać u moich rodziców. Nie chodził na zebrania do szkoły, bo twierdził, że i tak nic nie zapamięta. Myślałam, że tak będzie i później. Wydaje mi się, że kochał syna, ale uważał, że wszystkie obowiązki z nim związane należą do mnie. Rzadko się nim zajmował.

Napisałam do męża wiadomość, żeby nas nie szukał, że już do niego nie wrócimy. Myślał tylko o sobie. Odpisał mi, że zostawiłam go bez środków do życia i za co on będzie teraz żył. To mnie jeszcze bardziej dobiło. Doszłam do wniosku, że on rzeczywiście myśli tylko o sobie i o pieniądzach, nie zależy mu na mnie i na dziecku. Codziennie myślałam, co zrobić, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Nie miałam odwagi nic zrobić sobie i dziecku.

Poszliśmy do tego hostelu i tam zostaliśmy. Zostaliśmy tam całą noc i ja już wtedy miałam takie myśli, że to już, że to wszystko, co się wydarzyło, to nie da się z tym nic zrobić, że jest za dużo problemów. Najpierw myślałam o tym, żeby popełnić samobójstwo, ale później pomyślałam, że nie chcę zostawiać Filipa, tylko ze go zabiorę ze sobą. Później w piątek rano jak się obudziłam, a pobyt mieliśmy tylko do piątku siedziałam obok Filipa na łóżku, a on jeszcze spał i myślałam, że nie chcę zostawiać go samego. Wtedy przyszedł taki moment, że wzięłam na pewno jakąś rzecz w ręce, była to jakaś część materiału. Byłam na łóżku i sięgnęłam po tę rzecz odruchowo. Trzymałam ten materiał i położyłam swoją głowę na jego główce. Kiedy położyłam na nim swoją głowę, to powiedziałam, że zaraz będziemy w nowym domu i tam będzie nam lepiej. Później jakbym straciła pamięć, nie wiem, jak długo to trwało”.

Monice S grozi dożywocie. Przed Sądem Okręgowym Lublin-Zachód toczy się postępowanie prokuratorskie, a kobieta siedzi w areszcie. Mówi, że żałuje tego, co zrobiła, ale żałuje też, że nie zdążyła popełnić samobójstwa. Pytana o plany na przyszłość wyjaśnia: „Nie myślę i nie planuję przyszłości. Mam takie myśli, że nie mam po co żyć”.

Karina B. Oskarżona o zabójstwo wspólnie z kochankiem

O pomocnictwo w zabójstwie swojego kilkumiesięcznego syna Maksa została oskarżona 22-letnia Karina B. spod Rzeszowa. Drugim oskarżonym w sprawie stał się 40-letni Grzegorz B., jej kochanek, właściciel dobrze prosperującej stolarni, dla rodziny i sąsiadów przykładny mąż i ojciec dwóch synów.

– Nienawidzę go za zdradę, ale nie wierzę, że on to zrobił. Mamy dwóch synów, wiem, jakim jest dobrym ojcem – mówiła mi żona B., która po pierwszym szoku wynajęła mu adwokatów. – Nie wiem, co on w niej widział – dodała z goryczą, mając na myśli kochankę męża.

Z Kariną spotkałam się w domu jej matki w 2018 r., gdy chwilowo była na wolności. Miała zawroty głowy. Wolno chodziła, wolno mówiła, miała mętny wzrok. Tłumaczyła się braniem leków psychotropowych. Tlenione na blond włosy, mocno podkreślone kredką oczy, blada na twarzy.

Opowiedziała mi, jak poznała się z Grześkiem, jak nazywa swojego byłego kochanka. – Rysiek, mój mąż, wszystko przepijał, nie miałam pieniędzy na życie. Mleko z „Biedronki” to musiałam rozwadniać, żeby starczało na dłużej. Poszłyśmy kiedyś z moją koleżanką do Grześka, szefa męża, do stolarni. Wyszedł z takim dużym plikiem kasy. Zażartowałam, że mogłabym mieć takiego gościa. Potem pisał mi w sms-ach, że gdyby miał taką dziewczyną jak ja, to by mnie ozłocił. Pisał jednak, że to nie sprawa na telefon”. Gdy to mówiła, widać było, że z rozrzewnieniem wspomina początki ich znajomości.

Karina narzekała, że mąż, Ryszard zmuszał ją do seksu i groził, że jak ona mu nie da, to on pójdzie na dziwki. – I tak zdradzał w night clubach, z innymi dziewczynami. A tamten [Grzegorz] kupował pampersy dzieciom, zostawiał pieniądze. Co by się złego nie działo, to Grzesiek mi zawsze pomagał, czy słabiłam, czy po zakupy, zawsze przyjeżdżał, brał mnie i jechaliśmy do lekarza, do sklepu. To nieprawda, że mąż nie wiedział, że Grzesiek do nas przyjeżdża. Bo nieraz nawet zostawił z nim dzieci. Nieraz pili piwo u nas w mieszkaniu” – mówiła Karina.

29 lipca 2017 r. Grzesiek został z Maksiem i Lenką w mieszkaniu Kariny i Ryśka. Karinę wysłał na stację benzynową po 50 tys. zł od kontrahentów. Wróciła bez niczego (potem Grzesiek twierdził, że specjalnie ją tam wysłał, bo chciał zyskać czas). Wyszedł, rzucając „papa, widzimy się wieczorem” i kładąc 50 zł na szafce.

Karina opowiadała mi: – Lenka oglądała bajkę, a Maks wyglądał normalnie, jakby spał. Leżał na boku, nakryty kołdrą po główkę, tylko usta mu wystawały. Odkręcony do ściany, że nie widziałam twarzy, dopóki się nie zbliżyłam. Miał sine wargi i oczka. Odkręciłam go na bok. Nie oddychał. Szybko zadzwoniłam do Grześka. Myślałam, że jest jeszcze pod domem, wróci, pomoże, a on był już w drodze na Słowację. „Reanimuj” – rzucił. „Nie umiem”. „To dzwoń po karetkę”. Sto dwanaście, dwa wdechy i trzydzieści ucisków. Nic nie dawało. Podniosłam małemu bluzkę, a on miał siniaka na brzuchu i za uchem. Byłam przerażona i z tego przerażenia przez telefon powiedziałam, że mieszkamy na pierwszym piętrze, a my na parterze.

Karetka była w drodze. Chłopiec trafił do szpitala w stanie ciężkim. Miał pękniętą czaszkę, obrzęk mózgu oraz połamane żebra, a na jego ciele widniały ślady po biciu. Zmarł po kilku godzinach bezskutecznej reanimacji. Jego starsza siostra, dwuletnia Lenka miała na ciele ślady tortur, w tym skórę i rzęsy przypalane papierosami, siniaki po pobiciu, złamane żebra. O znęcanie się nad dziećmi najpierw podejrzewano ojca dziecka, ale wkrótce prokurator wykluczył jego udział. Ryszard B. nigdy nie chciał ze mną rozmawiać.

Grzegorz B. początkowo przyznał się do znęcania nad Lenką przez półtora roku. Do przemocy miało dochodzić od czerwca 2017 do 28 lipca 2017 r. Zeznawał, że znęcał się nad Leną, bo nie lubił Ryśka. „Sprawiało mi to przyjemność, gdy ona się bała”. Ciągnął ją za włosy, dusił aż się posikała, naderwał lewe ucho, szarpał, popychał, tłukł w głowę.

Według niego śmierć Maksa była nieszczęśliwym wypadkiem, a chłopiec upadł mu w trakcie odbierania telefonu od Kariny. Co innego stwierdzili biegli. Grzegorz B. miał zadać niemowlakowi w głowę dwa ciosy twardym i tępym narzędziem, a wcześniej maltretował go przez miesiąc.

Zdaniem śledczych, Karina zdawała sobie sprawę, jak jej kochanek zachowuje się wobec dzieci. Godziła się na to, by pozostawały pod jego opieką. Przed sądem odpowiada za „pomocnictwo Grzegorzowi B. do pozbawienia życia swojego syna Maksa, pomocnictwo do drastycznego znęcania się nad chłopcem, pomocnictwo w zamiarze ewentualnym w fizycznym znęcaniu się ze szczególnym okrucieństwem nad córką Leną i znęcanie się fizyczne oraz moralne nad córką”. Obydwojgu grozi dożywocie, póki co siedzą w aresztach, gdzie czekają na wyrok, który prawdopodobnie wreszcie zapadnie w 2021 roku. Lenka trafiła do rodziny zastępczej, czasem odwiedza ją babcia, mama Kariny.

Jak wygląda profil psychologiczny polskiej dzieciobójczyni?

Polskie prawo rozróżnia dzieciobójczynie od zabójczyń dzieci. Pierwsze skazywane są z paragrafu 149a kodeksu karnego. To specjalny przepis dla kobiet, które zabijają swoje dzieci w okresie porodu lub pod wpływem jego przebiegu. Podlegają karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Takich zbrodni w Polsce popełnianych jest niewiele (w tym roku miało miejsce jedno dzieciobójstwo, w poprzednim było pięć takich przypadków) i wyglądają podobnie. Dzieciobójczynie to mieszkanki wsi lub małych miejscowości w różnym wieku, nisko wykształcone, o trudnej sytuacji ekonomicznej – wielokroć uzależnione materialnie od partnera lub rodziny, doświadczające przemocy w rodzinie pochodzenia oraz w dorosłym życiu. Wśród dominujących motywów należy wskazać silną obawę o dalsze pogorszenie sytuacji życiowej (w wymiarze ekonomicznym i społecznym) oraz brak wsparcia w rodzinie i najbliższym otoczeniu, czasem wręcz wyraźny nacisk na „rozwiązanie problemu” ze strony bliskich. Dzieciobójstwo nazywa się w efekcie zbrodnią z bezradności.

Zabójczynie dzieci starszych niż noworodki traktowane są jak „zwykłe” zabójczynie i odpowiadają z paragrafu 149 kodeksu karnego, którego treść brzmi „Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności”. To ten przepis dotyczy zarówno Moniki S., jak i Kariny B. Nie ma w Polsce statystyk mówiących, ile kobiet zabija swoje dzieci później niż w okolicy porodu. Pytałam o to zarówno Ministerstwo Sprawiedliwości, jak i Komendę Główną Policji.

Z badań opublikowanych w 2002 r. przez psycholożki sądowe Teresę Jaśkiewicz-Obydzińską i Ewę Wach wynika że kobiety to ok. 11 proc. wśród wszystkich więźniów odsiadujących wyroki za zabójstwo. Ich ofiarami w około 70–80 proc. są partnerzy życiowi. Z pozbawieniem życia dziecka mamy do czynienia w około 13 proc. przypadków.

Na podstawie danych zgromadzonych w systemie Centralna Baza Danych Osób Pozbawionych Wolności nie jest możliwe sporządzenie statystyki dotyczącej kobiet skazanych z art. 148 KK za zabójstwo własnego dziecka. Żaden z paragrafów art. 148 nie określa ofiary przestępstwa – informuje mnie rzeczniczka Centralnej Służby Więziennej.

W rozmowie ze mną dr Marlena Banasik, psycholożka kryminalna z Uniwersytetu SWPS wskazuje, że zbrodnie popełniane przez kobiety mają pewien wspólny mianownik. – Sprawczynie przed dokonaniem zabójstwa nie popełniają zazwyczaj innych przestępstw. Do czynu dochodzi najczęściej w miejscu zamieszkania sprawczyni i ofiary. Wśród dominujących motywów wskazuje się poczucie krzywdy, zagrożenia oraz lęk. Często przed zabójstwem kobiety doświadczają sytuacji trudnej o charakterze przewlekłym. Czyn można wówczas spostrzegać jako efekt przeciążenia psychicznego lub fizycznego – podkreśla dr Banasik.

Izabela J. W serialu widziała podobne sytuacje. Skojarzyłam, że chyba nie żyje

Za dzieciobójstwo z artykułu 149 a kodeksu karnego skazana została Izabela J.

19 stycznia 2018 r. udusiła swoją nowo narodzoną córkę w ich domu w Brwinowie pod Warszawą. Dziewczynka urodziła się zdrowa, zdolna do przeżycia poza łonem matki, ważyła ponad trzy kilogramy, jak zeznała potem biegła. Mąż Izabeli pił w tym czasie z kolegami gdzieś w okolicy.

„Musiałam wyciągać dziecko dwoma rękoma za główkę. Uderzyło pupką o podłogę. Pojękiwało i ledwo oddychało. Oglądałam serial „Na sygnale” i widziałam podobne sytuacje. Gdy po kilku minutach przestało oddychać, skojarzyłam, że chyba nie żyje” – opowiadała potem przed sądem J. Rocznik 1990, falowane włosy, masywna sylwetka. Sąd jej nie uwierzył. Ślady na szyi dziecka wskazywały, że zostało uduszone. Zawinęła je w czerwony ręcznik w paski i wrzuciła do żółtego worka na ubrania. Przemieszała z ubrankami po starszych dzieciach. Dzień później worek wyniosła jej matka, która nie miała pojęcia, co znajduje się w środku.

Ciało znaleziono przy kontenerze na odzież używaną u zbiegu ul. Kraszewskiego i Konopnickiej w Brwinowie. Prokurator dodatkowo zarzucił więc Izabeli J. znieważenie zwłok. W tym wątku sąd kobietę uniewinnił, bo doszedł do wniosku, że zwłoki znieważone zostały nie celowo, a z chęci ukrycia śladów.

Izabela J. przez dziewięć miesięcy ukrywała ciążę przed opieką społeczną, przed matką i siostrą, a także przed swoim mężem – o siedem lat starszym Zdzisławem J. Reporter sądowy Kamil Siałkowski, który dla „Gazety Wyborczej” relacjonował całą sprawę, opisywał później ze zdziwieniem: „Choć to niewiarygodne, przez dziewięć miesięcy [Zdzisław J.] nie zorientował się, że jego żona jest w ciąży. Prokurator nie przedstawił mu żadnych zarzutów. W sprawie był tylko świadkiem”. Oskarżona tłumaczyła się przed sądem, że gdyby powiedziała mężowi o kolejnym dziecku, naraziłaby się na kłótnię.

Małżonkowie mieli już trójkę dzieci. Pierwszy syn, Kacper, urodził się w 2010 r., potem, w 2016 r. na świat przyszedł Ksawery. Na początku 2017 r. pojawił się Miłosz, ale jeszcze w szpitalu pod wpływem awantury z mężem Izabela zrzekła się praw rodzicielskich i przekazała chłopca do adopcji. Córka, której matka nie zdążyła nadać imienia, była czwartym dzieckiem.

„W tym domu dochodziło do potwornych zaniedbań. Kobiecie trzeba było mówić, że dzieci muszą coś jeść. Mężczyzna nie przejawiał jakiegokolwiek zainteresowania. Był za to zainteresowany tym, żeby wypić. W domu bywał sporadycznie” – opowiadał Siałkowskiemu autor aktu oskarżenia prokurator Piotr Romaniuk z Prokuratury Rejonowej w Pruszkowie.

Sytuację oskarżonej wzięła pod uwagę sędzia Anna Ptaszek. – Zadanie śmierci dziecku jest okolicznością szczególnie obciążającą. Ale analizując okoliczności, sąd brał pod uwagę poziom intelektu oskarżonej i to, że wywodzi się z bardzo trudnego środowiska. Nie była wcześniej karana – mówiła sędzia.

Izabela J. nie przyznała się do winy. Podczas procesu sędzia Anna Ptaszek podkreślała: „Matka powinna chronić swoje dziecko. Nawet jeżeli uważa, że nie jest w stanie wykonywać obowiązków wychowawczych”.

Źródła: Newsweek
Tags:
  • dziecko
  • zabójczyni
  • zabójstwo
  • więzienie
  • dzieciobójczyni